Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stać po stronie Ormian, ani Tatarów, ani Turków, ani Anglików, ani Rosyan, którzy tu niegdyś władali, a później obalili swą władzę, przynosząc hasła rewolucyi. Rewolucya jednak upadła i nie było o niej mowy w ogniu dwu frontów rozjuszonych. Jedyną rzeczywistością realną i niezmienną został znowu, jak przed nieprzeliczonemi wiekami gaz, pałający węglowodór, którego pochwycenie odpokutował ongi Prometeusz przybiciem rąk do skał Kaukazu. Nie z taką już pogardą, jak niegdyś, Cezary Baryka myślał teraz o świątyni ognia między kopalniami nafty Barachan i Surachan, gdzie niegdyś wyznawcy Zoroastra czcili tę wieczystą moc niszczyciela. Nic innego przecie, tylko tajemne nagromadzenie skalnego oleju we wnętrzu ziemi zegnało w to miejsce tyle nacyi wszelakich i rozmaitych, a tak je między sobą skłóciło. Komuż było oddać pierwszeństwo, a choćby słuszność, w wyścigu do najobfitszego, samorodnego źródła? Zaiste — nie było komu. To też Baryka czuł się szczególnie samotnym, samotnym aż do śmierci. Śmierć stała się dlań obojętną i niemal pożądaną. Ohydny wiatr »Nord«, lecący z gór Kaukazu, pociski armatnie, bijące z południa, dym płonących źródeł naftowych, zaduch trupi wszędzie, głód, pragnienie, wszy, brud i nędza legowiska, któremby niegdyś psa podwórzowego nie poczęstował, nie były tak dokuczliwe, jak owa pustka wewnętrzna i niemożność uczepienia się za cokolwiek. Życie z dnia na dzień, życie napoły złodziejskie, którego jedynym celem było zdobywanie za wszelką cenę najnędzniejszego pod słońcem pożywienia, przyjadło się i obmierzło. To też Baryka wałęsał się niejednokrotnie w miejscach najbardziej nie-