Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/323

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

je babsko wyschłe, czarne, kudłate. Za niem pokazały się głowy dzieci o twarzach jakoby kobuzów i kukułek.
Rafał odchylił całe drzwi i mimo smrodliwej pary, która ich owiała, wszedł do środka. Rozejrzał się naokoło w mroku i dziko uśmiechnął. Wspomnienie Baśki i tamta noc...
— Wasz przewozi bez Wisłę? — zwrócił się do baby.
— Ja ta nie wiem, przewozi, czy nie przewozi... — odmruknęła niechętnie.
— No, nas przewiózł, więc wiadomo.
— Nie wiem, co i jak gadają. Mój jest rybak. Kto jego wie, czy przewozi? Teraz wojsko stoi i z gwerów bije. Ja o niczem nie wiem.
— No, my tu mieli do niego interes.
— To przyńdzie pod połednie, a ja nie wiem.
— Kazał wama powiedzieć, matka... — rzekł Rafał, licząc ponuro oczyma dzieci — że te... że przyńdzie dopiero na odwieczerz. Teraz nie przyńdzie. Rozumiecie?
— Czy ja niby rozumiem?
— No!... A co mu się od nas za przewóz należy i za to wino, co je to przemycał, to wam kazał dać w rękę. Nacie...
Wyjął z kieszeni garść pieniędzy, odliczył kilka dukatów i dał jej w rękę.
— Trzymaj to, babo, garścią, bo to nie koprowina, ino samo złoto! — krzyknął na nią.
Otrząsnął się i co prędzej miał ku drzwiom.
Ze dworu już wrócił po wyjaśnienie, gdzie tu najbliższa wieś, czy dwór, żeby można furmankę nająć.