Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Raz wymagane, drugi raz oczekiwane!... Ja, mości panie, trzydzieści lat z tych oto Wyrw nie wyjeżdżałem i nie wyjadę. Nie wyjadę, chociażby kije z nieba leciały! Tu siedzę, i skończona rzecz. O niczem nie wiem... A pierwszy von Lipowski komisarz... Mam już dość Krakowa — i wszystkiego świata!
— To wszystko bardzo być może...
— Ostatni raz byłem w Krakowie anno Domini 1768. Porachuj-no waszmość, ile to lat.
— Rzeczywiście — wykrztusił Hibl, przeglądając jakieś papiery.
— Dawne to już, ubiegłe czasy, mości panie. Jeszcześ wówczas wasze nawet Wschodnich Galicyów nie oglądał.
— Wielmożny pan tam do szkół zapewne?... — mówił urzędnik, segregując w dalszym ciągu stosy swych notat.
— Do szkół? Ale co znowu! Ja szkoły traktowałem w Sandomierzu, w sławnem po wsze czasy kolegium ojców Jezuitów, choć już z niego ani dymu, ani popiołu. Ale nie do nauk byłem stworzony. Szczerze mówiąc, ledwiem się przez infimę, gramatykę i sintaxim przebił nie bez trudu, a poetyki i retoryki owo zgoła zaniechałem. Kraków!... — mówił w zadumie: — nigdy tam moja noga nie postanie. To waszmość możesz oświadczyć pierwszemu baronowi, z czegoś tam Kieleckiego.
— Z Kieleckiego cyrkułu — wyraźnie i zimno oświadczył urzędnik.
— Mnie te nazwy ani pachną, ani śmierdzą...
Hibl nieznacznie coś zanotował w pugilaresiku.