Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ją tu, czy co? Nic, ino »kamera«. Wszystko, pada, do »kamery« należy.
— A tak, teraz wszystko do kamery... — westchnął Nardzewski.
— No, skończyłeś?
Strzelec wyprostował się i wytarł ręce w śniegu.
— Wielmożny panie, ony nama tu i zapolować z pieskami nie dadzą!...
— To nie twoja rzecz.
— A przecie gadają, że Górno, Krajno, Porąbki, Brzezinki, Masłów wszystko precz niemiecki król puścił w dzierżawę młodemu panu z Olchowa.
— No, więc cóż z tego?
— A to i do lasów ma wręb, choć i rządowe dozorcę będą drzewa pilnowały. A on już koźlątka nie popuści — choć i jaśnie pan Olchowski.
— Zobaczymy, a teraz weź-no, rozpal trochę ognia. Ręce mi zgrabiały.
Strzelec w mgnieniu oka wyczyścił miejsce, śnieg zgarnął, naniósł suchych żółtych gałązek jałowcu i sośniny. Skrzesał ognia i umiejętnie, szybko, z dziwną wprawą, rozdmuchał płomień. Igły poczęły trzaskać, i niewidoczny błękitnawy płomyczek biegał to tu, to tam po zgiętych pałąkach. Rafał pomagał Kacprowi, znosił suche gałęzie i rzucał w ogień. Stary pan siedział na wystającym głazie nieruchomy i chmurnie patrzał w ognisko. Już wtedy nadchodził szybki wieczór styczniowy. Wiatr się odwrócił i dął z północy. Z drzew nie leciały już kępy śniegu, a spadąjące strugi wody nagły mróz w sople zamieniał.
Strzelec upatrzył młodego świerka i począł go