Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Będzie pan łaskaw pokazać mi fabryki tutejsze? — spytała z odrobiną zalotności.
— Z wielką chęcią... Właśnie idziemy...
Gdy nie protestował przeciwko tytułowi »pan« i gdy natychmiast zgodził się na to zwiedzanie fabryk, lekka mgła bladości przebiegła po jej twarzy.
Weszli w podwórze fabryczne.
Otoczyła ich puszcza machin i warsztatów.
Tu hale otwarte, w których wiły się złote węże drutu, gdzieindziej zionęły ogniem jamy pieców martenowskich, dalej jęczały młoty parowe, bijące w belki białej stali.
Kupy węgla, szmelcu, stosy szyn, »gęsi« — zagradzały im drogę. Judym miał już wyrobione pozwolenie zwiedzenia wszystkich robót, a nawet delegowanego specyalistę technika, który miał go, wraz z »kuzynką« oprowadzić. Technik nawinął się wkrótce, bardziej zapewne usposobiony do oprowadzania »kuzynki«, choćby też w towarzystwie lekarza, niż do ślęczenia nad jakimś rysunkiem w kantorze.
Poszli tedy we troje. Technik był człowieczkiem młodym, o wykwintnych manierach. Powierzchowność »kuzynki« sprawiała mu widoczną dystrakcyę w układaniu zdań, objaśniających procent żelaza w rudzie miejscowej i rozmaitych gatunkach sprowadzanej. Weszli po schodach na wielki piec.
Widzieli kaskadę, ochładzającą mur rozpalony, trąbę, która prowadzi do jego wnętrza upalne powietrze i która zdaje się oddychać, jak aorta.
Joasia nie mogła się dosyć napatrzeć cienkiej smudze szlaki, tryskającej, jak krew, z górnego otworu.