Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chwile kiedy mu się widziało, że to on sam leżał na tem posłaniu, wpatrywał się w gasnące światło, że jego usta szeptały cichą modlitwę... Sennem, drzemiącem okiem wpatrywał się w całe życie tej kobiety, przechodził je wzdłuż ostremi myślami i widział, jak na dłoni.
Bryczka wtoczyła się na polankę.
Jasna mgła rozlała się tam, jakby śniąca woda. Nieruchome szczyty świerków ledwo się odbijały na ciemnem tle nieba. Niżej stał mrok leśny, nieprzebity kamienny.
Judym wytężył oczy i zaczął szukać białego pniaka, który tu, przejeżdżając, widział — i oto nagle zląkł się aż do gruntu serca. Zdala, zdala nadleciał po rosach krzyk pawia.
Doktór zamknął oczy, głowę wtulił w ramiona, zgarbił się i drżącemi wargami coś do siebie szeptał.