Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


stojącą przy splecionym parkanie. Ten chłopiec płakał, ukrywszy twarz w dłoniach.
— To taki jedyny mój syn... On mię tylko jeden kochał... I córki to samo, ale on... Któregoś tu dnia nasza kucharka poszła na jarmark, bo to już teraz każdy robi co mu się żywnie podoba, to on wziął sam zabił, oprawił i upiekł mi kurczę na rożnie. Ale zapomniał osolić... Zjadłam calutkie, słowa mu nie mówiłam, że bez soli... Łzami sobie osoliłam te kosteczki...
Słońce zagasło. Zorza jego była ruda i skąpa, siejąca nie światło, lecz trwogę.
— Tak, żałuję, — mówiła chora, — że pan Korzecki nie może przyjechać. Obiecał, że nas odwiedzi, a już tyle czasy nie był... Kiedy się też znowu zobaczymy...
— Pan Korzecki, — ozwał się Oleś, — mówił, że ma nadzieję niedługo zobaczyć się z mamusią...
Judym zjadł na kolacyę mnóstwo kurcząt, sałaty ze śmietaną i wieczorem odjechał.
Milczący furman wiózł go tą samą drogą.
Było ciemno. Księżyc nie świecił, tylko gdzieniegdzie rozpraszała swój cichy blask gwiazda samotna. Czarny las tonął w mroce, we mgle chłodnej, co, jak woda, lała się przez gałęzie.
Judym zamknięty był w sobie. W duszy jego budziły się myśli, jak dzieci, które dotąd spały, a teraz podnoszą cudowne główki i szczeremi usty wypowiadają, co przez serce ich płynie.
Dziwne myśli...
Zdawało mu się, że ta chora kobieta, której nic pomódz nie mógł, jest to najbliższa jego istota. Były