Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mej głębi siebie. Nie mógł zrozumieć, co mu jest. Oczy jego przypadkiem zwróciły się na chorą...
Siedziała na swem posłaniu w koszuli, taka biedna, znędzniała, taki ubogi szkielet... Wargi jej szeptały słowa modlitwy, dłonie były złożone, ściśnięte, a z oczu kapały łzy ciche. Oczy te patrzały daleko, w słońce, które szło w zaświaty, w noc niewiadomą, w drogę wieczną. Judym pierwszy raz w życiu swem wsłuchiwał się w ciszę taką, w ciszę polną i leśną...
Wówczas, gdy siedział zadumany, rozdarł to milczenie krzyk przerażający. To stary paw, który co noc siadywał na szczycie dworu, wydał ze siebie ten dziki, surowy, żelazny, zardzewiały wrzask. Echo jego leciało przez pola, utopione w milczeniu, przez mgły, przez lasy otaczające. Chora wzdrygnęła się i chuda jej ręka spotkała się z ręką doktora.
— Jak ja się boję, panie doktorze...
— Czego, pani?
— Czegoś takiego...
— Nic, nic... Niech pani ściśnie mię za rękę. Czegóż się tu bać...
— Tak nie lubię, kiedy ten stary paw krzyczy. Zdaje mi się, że to nie on, tylko...
— Ach, któż to widział!
Zniżyła głowę i wlepiając ogromne płomienie oczu swych w jego twarz, szeptała:
— Panie konsyliarzu, niech się pan zlituje i trochę, trochę przedłuży mi jeszcze życia. Ja pragnę, muszę jeszcze żyć! Chcę wiedzieć co będzie z Olesiem! Chcę wiedzieć, co się z nim stanie...
Judym podniósł oczy i zobaczył figurkę ucznia,