Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/145

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    leżą obdarte trupy, gdzie w nocy wiecznej wyje płacz jakiejś istności ludzkiej, która straciła rozum i błądzi, błądzi, błądzi bez końca, szukając ratunku.
    — Powinniście, jak można tylko, chodzić w pole. Każdą wolną chwilę poświęcać na rozrywki. Jeździć koleją, a najgłówniejsza rzecz unikać wszelkich wzruszeń...
    — Tak: pójść po rydel i wykopać się z błota, w którem się leży. Dla mnie na ziemi niema miejsca.
    — Ech, z temi tam!
    — Wiem, co mówię. Ja nie mogę żyć, jak miliony ludzi. Przecie nieraz uciekam na dwa miesiące w Alpy, w Pireneje, na jedną wysepkę u brzegów bretońskich. Rzucam gazety, książki, nie odpieczętowuję listów... I cóż mi z tego? Zawsze i wszędzie widzę odbity świat w sobie, w mojej duszy nieszczęsnej. Gdy się nie spodzieję, wybucha tam wściekły gniew przeciw jakiejś podłości dawno widzianej, zbudzi mię ze snu, przypomni wszystko, ukaże wszystko... Gniew bezsilny, a im bardziej bezsilny, tem większy!
    — Możeby zupełnie zmienić sposób życia? Rzucić wszelkie obowiązki? Wziąć się, czy ja wiem, do roli?
    Korzecki zamyślił się i milczał przez kilka minut. Później mówił:
    — Nie, to niemożliwe. Człowiek już do śmierci musi nosić pewien rodzaj ubrania, mieć taką a nie inną bieliznę. To darmo. Muszę zarabiać dużo. Ja nie mógłbym chadzać w tutejszym, łódzkim korcie. Musi mi go facet przynieść z zagranicy. To darmo. Potrzebuję także jeździć do Europy, widzieć w Paryżu salony wiosenne,