Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


świecie, ja, chory, dotykałem jej palcem, wyzywałem ją na rękę, patrzyłem na nią z moją ironią, jak na człowieka, którego nienawidzę. Teraz doświadczam takiego wrażenia, że gdybyście wy tu zostali w okolicy, ja mógłbym sypiać. Mógłbym w taką noc myśleć: tu Judym jest niedaleko. Mógłbym myśleć: wstanę rano, zobaczę go, pójdę do niego...
Gdy to mówił, doktora przechodziło zimne mrowie. Jakieś uczucie, niby zielony, ślizki wąż lazło po jego ciele. Oczy Korzeckiego jakoby patrzyły, ale właściwie wzrok ich zwrócony był do wnętrza duszy. Na ustach jego był uśmiech... Uśmiech niepojęty, a ciągnący do siebie, jak błysk, który czasami można widzieć w górskiej przepaści.
W wyrazie jego twarzy nie było prośby, ani żądania współczucia. Były tylko detaliczne, konkretne i umiejętne przedstawienie istoty rzeczy.
— Więc nie boicie się śmierci? — pytał Judym.
— Ja z nią walczę. Raz ja zwyciężam, kiedyindziej ona. Wówczas mam pavor nocturnus, jak małe dziecko. Oto siedzę tu z wami, rozmawiam, jestem spokojny i wesoły. Nie wiem nawet, czy może istnieć smutek. Co to jest smutek? Nic o nim nie wiem. Jestem, jak filister, którego śmiechby ogarnął, gdyby mu kto mówił, że jest na ziemi dojrzały człowiek, który się »czegoś« boi. A oto może minąć godzina i stanie nademną to bezosobowe widmo. Zacznę się bać samotności, zacznę cierpieć tak strasznie, tak przerażająco! W języku ludzi niema na to imienia. Pavor... Tylko straszliwa muzyka Beethovena czasami roztworzy podwoje tego cmentarza, gdzie w skrwawionych dołach