Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


było w sali, że wyglądał niby jakiś utwór cywilizacyi zachodnio-europejskiej na tle szarych kulfonów małopolskich.
Pierwszy pociąg zabrał znaczną część gości i odwiózł w którąś stronę świata. Judym nie wiedział, dokąd ci ludzie wyjechali. Było mu najzupełniej wszystko jedno, w którą stronę i do jakiego celu sam się uda. Jechał w kierunku Warszawy, do wspólnego, wielkiego domu wszystkich tułaczów, ale kiedy tam przybędzie, czy się w drodze zatrzyma i gdzie to nastąpi — z tego wcale nie zdawał sobie sprawy.
Zatopiony w sobie, nie zwrócił wcale uwagi, że Korzecki przed nim stanął. Spostrzegł się wtedy dopiero, gdy tamten mówił:
— Przeczże to szanowny eskulap ma minę tak zmachlajdezowaną?
Judym drgnął i krzywe spojrzenie cisnął w natręta. Wyciągnął rękę i dotknął jego ślizkiej rękawiczki.
— Skądże i dokąd jedziecie? — mówił wolno, w sposób prawie obelżywy.
— Ja — do siebie. A wy?
— A ja... przed siebie.
— Jest to wcale oryginalny kierunek! Prowadzi niby do jakiego mieszkania, czyli też na wzór punktu, poruszającego się w przestrzeni?...
Judym formalnie dławił się wyrazami. Z niechęcią, z przymusem podniósł oczy na towarzysza. Była to ta sama twarz, ale jeszcze bardziej trudna. Jak niegdyś, podobnie do dwu płomieni, pełgały jej oczy. Czarne głębokie, smutne oczy. Częstokroć zarobione do cna