Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z izby, to już nie głupia otwierać mu drzwi z klucza. Wistocie awanturnik wyskoczył, krzycząc jeszcze na schodach. Co tchu zamknęła drzwi, położyła się do łóżka i przykryła pierzyną. Tak w półsennem odurzeniu leżała ze dwie godziny, aż ją znowu zbudziło stukanie we drzwi. Był to Wiktor w towarzystwie owego złego szwajcara i dzieci.
Wiktor coś bąkał, ale prędzej dla okazania żonie, jak się to rozmawia po niemiecku, niż dla wyjaśnienia sprawy.
— Czegóż ten od nas chce, Wiktor? — spytała Judymowa.
— A to nasze dzieci obdarły mu wino.
— Co za wino?
— Widzisz, oni tu mają winne krzewy na ścianach... Ten biurger miał calutki front domu pokryty. Przyszedł Franek z Karolą, wzięły i obdarły wszystkie liście, powyrywały badyle ze ziemi. No i trzęsie hajba morowe powietrze ze złości.
— Pocóżeście wy toto zrobiły?
— Wielkie święto, że my liście urwali! — zaperzył się Franek. — Masz mama o co piekło robić...
— Ten hajb mówi, że tu już do ciebie przychodził, — rzekł Wiktor do żony.
— A przychodził. Nawet dwa razy. Gadał sobie coś, ja słuchała. Wygadał, co wiedział i poszedł.
— Ech, już z tym narodem, to człowiek nigdy do ładu nie dojdzie. To prawdziwy kryminał ten kraj! Tu o godzinie dziesiątej wieczorem już ci nie wolno własnem mieszkaniu tupnąć obcasem w podłogę, bo cały dom zleci. Nie wolno ci rozmówić się z drugim