Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i wrzaski jakichś bab obrzydliwych, ale już to wszystko nie było takie bolesne.
Pociąg huczy, huczy... A gdy się dobrze wsłuchać, to można uchwycić słowa-niesłowa, które z pod jego kół płyną. Ach, nie, nie słowa... To jest, jak ta odmiana, którą śpiew robi z człowiekiem. Sam niewiadomy grot muzyki, który na wzór żądła, zostawiają w duszy człowieczej głębokie, święte tony. To jest sama sprawa i skutek melodyi, do której należą wyrazy Gorzkich Żalów, rozlegające się pod sklepieniem wielkiej głębiny kościoła Świętojańskiego:

»Zasłona się potargała,
Ziemia drży, łamie się skała...«

Pieśń ta unosi człowieka, bierze go od obecnych, przeszłych i przyszłych męczarni żywota, wydziera z kleszczów wszelkiej niedoli, usuwa bez bólu od męża, od pamięci rodziców, od miłowania i nienawidzenia, nawet od Franka i od Karoli. Wszystko obce, zimne, cudze. Tam gdzieś daleko, daleko ciągnie ze sobą na święte pole, jasną murawą zasłane. Perliste rosy na kwiatach stoją. Komu te białe wody obmyją bose, skrwawione nogi, ten znowu staje się człowiekiem, samym sobą, całą, samotną, swobodną duszą. Łzy łagodne płyną do serca, jako cudotwórcze lekarstwo, które ogień każdej rany uśmierza. Chłodny pokój, czy może wiatr pachnący owiewa znękane czoło.
Czasami jeszcze schyla się rozpacz... Czasami trwoga śmiertelna tak oczy zaostrzy, że widzą tuż obok siebie jakieś przerażające widma nieszczęścia, ale to wszystko zwolna zacicha, zacicha...