Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Amsteten — to jest stacya, gdzie będziecie przesiadali na zug, co rznie do Salzburga — a umsteigen — to znaczy przesiadać. Pytajcie się cięgiem konduktora: Amsteten? Amsteten? Jak powie, że tak, albo kiwnie głową, wtedy przesiadać na zug do Salzburga — umsteigen! Rozumiecie?
— Rozumiem... — szepnęła Judymowa, drżąc ze strachu.
Uczył ją prócz tego kilkunastu niezbędnych wyrazów, gdy w tem uderzył drugi dzwonek. Tłok ludzki wwalił się we drzwi i do wagonów.
Towarzysz Kincel znalazł dogodne miejsce i zdobył je dla swych protegowanych nie bez trudu. Przy okazyi stoczył kłótnię z jakimś grubasem, który na tę właśnie ławkę usiłował się wpakować. Judymowa nie rozumiała, rzecz prosta, o co chodzi, ale z tonu mowy wnosiła, że ma się na awanturę. Zaczęła tedy prosić swego przewodnika, żeby dał pokój, gdyż bała się teraz wszystkiego. Towarzysz Kincel udobruchał się. Dzieci ulokował, pakunki złożył na górnej ławce i ciągle jeszcze uczył Judymową. Ale oto trzeci dzwonek rozległ się, jakby krótki, zły krzyk i towarzysz zgasł w wązkich drzwiach przedziału.
Wagon był pełen ludzi. Panował gwar...
Judymową ogarnęła rozpacz, gdy wsłuchując się z całej siły w tę mowę, nie chwytała ani jednego zrozumiałego dźwięku.
Amsteten, umsteigen, Amsteten, umsteigen... — szeptał głos towarzysza, choć jego samego już dawno nie było.
Pociąg wolno ruszył się z miejsca. Ogniste, białe