Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 02.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Mnie? Przykrość?
— Ach, przecież... Przecież to i pan kochał się w Natalce... Przepraszam pana bardzo...
— Ja, — rzekł Judym, — ja się kochałem?
— Niech mi pan wierzy, że nie przez złość mówiłam to wszystko!
— Próżnoby mię pani żałowała, bo nie czuję się wcale zmartwionym. Daję pani na to słowo uczciwego człowieka, że nie kocham się w pannie Natalii. Nie, nie! — zawołał z radością w głosie i oczach, — nie kocham się w niej wcale!
To przeczące wyznanie było niby ostatni dźwięk rozmowy. Do dna ją wyczerpało.
Szli jeszcze obok siebie kilkadziesiąt kroków w milczeniu, po prostu nie będąc w możności mówić więcej. Panna Joanna przyspieszała kroku i rzekła:
— Muszę już jechać.
Judym odprowadził ją do bryczki.
Gdy mu podawała rękę, miała na twarzy wyraz jakiejś bolesnej trwogi, niby człowiek, który siłą przeczuć coś dostrzega, czego zmysły objąć jeszcze nie mogą. Judym patrzał na nią szerokiemi oczyma. Gdy jej pomagał wskoczyć na stopień bryczki, która zatrzymała się wśród błotnistej drogi, i uczuł ciało jej przy sobie, prawie w objęciach, miał jakieś cudne złudzenie.
Któżby uwierzył, że to ta sama, ona, że to zapach jej włosów? Widział w niej dotąd siostrę-człowieka, rozum i serce, istotę ze swej dziedziny, z tego kręgu, gdzie o jedno nic wysokie, a niezrozumiałe dla motłochu egoistów, kłopocą się bez wytchnienia