Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i jednakowego ducha mają wszyscy, a niema nic w człowieku przed bydlęciem, bo wszystko jest próżność«.
I jeszcze dalej, jak niewysłowioną boleść, struchlałemi ustami szeptałam do siebie wiersze Mędrca Pańskiego:
»Któż wie, czy duch człowieczy idzie w górę, a duch zwierzęcy zstępuje na dół, pod ziemię. Wszystko idzie na jedno miejsce, a wszystko jest z prochu«.
Bez sił, w głuchej rozpaczy dowlokłam się w zarośla na wzgórzu. Weszłam między brzozy i, nic nie widząc, ani słysząc, błąkałam się. Nie przypomnę sobie, kiedy i nie wiem, w którem miejscu upadłam na ziemię. Zeszła na mnie żądza śmierci. Tylko ją jedną czułam i ona była ostatniem tętnem mojego serca.
Tak trwało długo...
Ale wtedy z cmentarza w Krawczyskach moja matka przyszła do mnie z głębi ziemi. Wskróś iłu, piasku, opoki przedarła się ziemią. Nie leżałam już na martwym ugorze. Uczułam się na łonie matki mojej, w którem jej serce uderzało. Szły we mnie głębokie, ziemne, ciche wzruszenia. Słowa moje próżnoby chciały wyrazić to, co się odbyło. Śmierć zlękła się i odeszła, ustał płacz i żal.
O, jasne kwiaty mojej doliny...



KONIEC TOMU PIERWSZEGO