Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


skrzydłami. Szarpcie pazurami policzki, targajcie w braku włosów zwichrzone pióra na głowach. Niech zamiast trąby pogrzebowej zadzwonią wasze pieśni wdzięczne. Philomelo-słowiczku zapomnij już o zbrodni Tereusza, który ci język urznął. Długie lata powinny były osłabić twój smutek. Los Itysa-bażanta smutny jest z wszelką pewnością, ale przecie to było tak dawno. Płaczcie wszystkie stworzenia skrzydlate, co lotem skrzydeł swych kierujecie w przezroczystem powietrzu, ale nadewszystko rozpaczaj ty, synogarlico, towarzyszko zmarłej. Tak, o, papugo. Czem był Pylades dla Orestesa, tem dla ciebie była synogarlica. Ale na cóż ci wierność i piękna barwa twych skrzydeł? Cóż z tego, że spodobałaś się natychmiast prześlicznej kobiecie, kiedym cię przyniósł jako podarunek miłości...«
Jest w tem jakaś dziwna swoboda, maluje się samo życie kontemplujące, próżniacze, ale równe i jasne. Owidyusz sam się oskarża, że jest »poetą swej własnej lekkomyślności«. Widać z innych utworów, że zna on straszne pieczary boleści, ale od nich ucieka do swoich niewiast pięknych, zepsutych, nikczemnych, z cudnemi oczyma i włosami o barwie »cedru z wilgotnych dolin pochyłej Idy«. Na lirze swojej kocha jedną strunę, która dźwięczy przez tyle wieków i dla tylu pokoleń... Jest to śliczne i jakieś takie dziwne. Tuż obok pięknego smutku, który można odczuć tak żywo, jakby się w sercu naszem znajdował, są karty niepojęte, straszliwe w swym nadludzkim cynizmie, jak np. potworna elegia trzydziesta ósma, Dech zamiera w piersiach, gdy się to czyta, jakby go śmierć chwytała. Niestety, w ohydach jest tak samo cudna poezya.