Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/383

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z urokiem morza. Oto ukazał się widzialny zewsząd1 olbrzymi cypel czerwony, nagi od stóp do głów, jakby był stosem gliny, spalonej na kolor cegły. W szwach tylko tej góry czerwonej — Monte Rosso, — którymi wody z wyżyny ściekają, a które muszą być groźnymi parowy, zieleniła się jakaś roślinność.
W łańcuchu szczytów, szeregiem, jeden za drugim idących, ukazała się na najwyższym cyplu okrągła wieża dziwnego kształtu, coś, jakby wielki moździerz, otworem zwrócony ku górze. Słońce na tej wysokości dadało na czarne głazy bastyonu i krzywy jego kształt dziko lśnił w szerokiem niebie. Ewę popchnął naprzód niewymowny zachwyt. Tajemnicza strażnica, usadowiona tam, na wysokościach łańcucha granitów, nad tem morzem bez końca wściekłem i huczącem, nad ziemią bezludną i bezpłodną, była najwyższym wyrazem bezczelności człowieka, była, jak jego krzyk zuchwały, rzucony w słońce, w poświsty wichru pełnego morza i w głębię ziemskich przepaści.
Ewa szła przez pokład, oddając się coraz bardziej urokowi dzikiej na górach amfory. Przypadkiem rzuciła oczyma w innym kierunku i spostrzegła Jaśniacha. Siedział sam na ławce wyższej części pokładu. Ręce jego leżały na balustradzie statku, płaszcz był rozpięty, czapka zdjęta z głowy. Ewa doznała ściśnięcia serca na jego widok. Nie był to człowiek, lecz literalnie — pajęczyna. Czaszka, zapadłe oczy, kości twarzy, wychudłe ręce. Teraz na tej twarzy wyschniętej i posępnej leżał nieruchomy uśmiech zachwytu. Bandos miał oczy wlepione w strażnicę na górach. Gdy Ewa podeszła bliżej, tylko przelotnie i z wi-