Strona:PL Stefan Żeromski - Dzieje grzechu 01.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyfrunie przez to okno przeklęte, wyfrunie raz na zawsze...
Innego dnia, patrząc się w puste obszary podmiejskie, w zeschłe ścierniska, porznięte rowami, — utroiła sobie, że jest psem, biegnącym w kraj temi polami, polami... Nagle poczęła szeptać żałośnie:
— Już teraz drugi pies tam, za mną nie pożenie polami, polami...
Ocknienie z takich zamroczeń wpędzało ją w najstraszliwsze doły rozpaczy. Miała za sobą, przed sobą, wszędzie i zawsze wielooki strach. Straszyły ją rachunki w biurze, nieskończone schematy, i słupy cyfr. Wewnętrzny dreszcz przebiegał ciało i wichrzył myśli. Drżała na wspomnienie pomyłek, których się mogła była dopuścić. Buzia naczelnika, plugawy ryj z czyhającemi ślepiami, z uśmiechem, przypominającym do złudzenia błysk światła na gumowym kaloszu... Straszyły ją oczy Horsta, przerażały oczy matki i siostry. Widziała nieraz poza sobą zimne kamienie pod czołem Barnawskiej, gdy jej tłomaczy skłamane historyjki, żeby wyłudzić pieniądze. Spychała ją w otchłań lęku wieść przebolesna, że Łukasz został zraniony... Straszył ją świat cały, a nadewszystko śliczny, ciemny brunet, którego spotkała niegdyś w cukierni, a później wielekroć na ulicy. Szyderstwo jego oczu przebijało, jak nóż zbójecki. Bała się wszystkich ludzi i często bez przyczyny oglądała na wszystkie strony.






Onego wieczoru świecił księżyc. Chmury skrzydlate leciały z zachodu na wschód przed nieruchomą światłością tarczy.