Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SOŁTYS.

Ze stosu, z dymów tu nadbiegły
powietrzem gnane, zakrążyły
nad twoją głową,
i hań przysiadły; dobra wróżba,
że twoje ocalone.

KSIĄDZ.

... Więc wy mówicie, że one
zbiegły od stosu
i tu od czarnych dymów lecą?!

CHÓR.

O patrzcie, jak piórkami świecą
z palących zgliszczów wylęgnione! —
O patrzcie, ku wam się trzepocą,
wy się patrzycie, was witają,
was to witają — was.

(Chwila zupełnej ciszy, wyczekiwania; gdy ksiądz, dostrzegłszy gołębi, w nie się patrzy zdumiony i cały się w myślach mieni.
Z góry, z wału nagle pędem zbiega parobek, w śmiertelnym strachu; dech mu zaparło; dopada przed księdza i upada na ziemię dysząc, wreszcie straszliwym głosem woła:)

PAROBEK.

O Jezu, Jezu! — Jezu! — —

(Ksiądz zrozumiał, nim jeszcze parobek upadł przed niego i tejże chwili, gdy podniósł głowę w górę, dostrzega