Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hej ludzie — patrzcie, mnie po twarzy
łzy cieką, — oto drżę od lęku,
bom oto sam, strasznemi słowy
przed nią wypomniał, co ją czeka,
za grzech na tamtym kiedyś świecie,
grzech ten klątewny ze mną...
i ludzie, teraz ona może —
siebie i dzieci
..............

(omdlewa)

(Przy ostatnich słowach księdza wreszcie gromada ucisza się zupełnie słuchająca; gdy ksiądz opada omdlały, podchwytują go ludzie pod ramiona; spora część wsiowych, wśród nich parobek plebański biegną na wał i za wałem znikają w kierunku ugoru.
Od ugoru, od słupa dymu ukazują się trzy gołąbki lecące).

CHÓR.
I

O patrzcie ptasząt troje leci
hań, od ugoru, dziwno białe
gołąbki ano, —
jakaż im jasność skrzydła świeci
łuną srebrzaną.

II

Co to! patrzajcie, przystanęły
w powietrzu, krążą, letą ka dwór
plebański — tu, —
jakaż im jasność łyska z piór.