Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


twej chaty — synu, synu,
przebóg! — teraz widzę jasno.

KSIĄDZ.

O matko, światła w duszy gasną
i myśl na błędne idzie drogi.

MATKA.

O synu, teraz widzę jasno,
nieszczęście wlecze się pod progi;
w twój dom piorunne gromy trzasną!
..............

KSIĄDZ.

Dwie sągi ciężkich kłód
trza na dalekie wywieść pole
ugorne, puste,
skądby nie dojrzeć wsiowych chat.

MATKA.

Widziałem pole podle drogi,
ugorny ścierz,
zachwaszczon mątwą wielu lat.

KSIĄDZ.

Tak, tam... zarasta dziko kierz,
od lat się wielu nie zorywa.
..............
O precz ta myśl!
Potworna myśl skwapliwa,
nad wolę mą;
ilekroć zajdę tam, powraca.

MATKA.

Myśliłeś już...