Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MATKA.

Zacz nie pomogą nic święte śluby,
goryczne żale, pokuta,
ogniowe próby?
Wiecznaż ich duszom męka?
niemasz nadzieje?

KSIĄDZ.

Do wiecznej pójdą zguby.
Żadnej nadzieje dla tych troje;
wyrocznia sądu już wykuła, —
— chyba, gdy jedno im poświęcę.

MATKA.

Cóż tą nadzieją?

KSIĄDZ.

Szczęście moje
.........
i sam się srogiej poddam męce.
.....
Szczęście to moje rozburzone? —
Mamże sam dla się
topór kować?!

MATKA.

Jakoż masz twoje Szczęście psować,
jakoż ma być zerwane,
by były dusze ocalone — — ?

KSIĄDZ.

Potrzeba okrutnego czynu:
ofiary!....

MATKA.

Nieszczęście wlecze się pod progi