Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KSIĄDZ.

Skry święte rwały mię palące
być z pomazańców i szafarzy,
pod stropy świątyń malowane
kadzideł dymy kołysane
ze srebrnych amfor chybać;
błogosławieństwa znak pokojny,
gdy lud poklęka bogobojny,
od złotych słać ołtarzy.

MATKA.

Wielkiej bo służby wziąłeś trudy,
jeno ci wytrwać zbrakło męstwa.

KSIĄDZ.

Bóg mi poskąpił palm zwycięstwa.

MATKA.

Trwoga odejmie resztę złudy;
śmiertelne żywisz niepokoje
o dusze ich i szczęście twoje.

KSIĄDZ.

Tyle więc mego szczęścia z niemi,
co się napatrzę na tych troje...
częsem to łysną się nad niemi
onych piekielnych ogniów zwoje,
w oczach się moich robi ciemno
i słyszę klątwy płacz nademną.

MATKA.

Los cię ich straszny nęka.

KSIĄDZ.

Dusza nad nimi boleje.