Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KSIĄDZ.

No już wam lepiej?

MATKA.

Lepiej trocha.
A wiem zaś pewno, syn mię nie kocha,
pirwy się z obcą przybłędą para,
szklenicą pirwy trąca;
dla matki to już honor nijaki —
..............
to to wy razem, —
ja ta nie głupia,
myślałam nieraz, myśl złą pacierzem
zganiałam; — awo teraz prawda;
prawdzie się patrzę w oczy.

KSIĄDZ.

Wybaczcie matuś, żem to niby
nie waszą szklenę pirwy trącił,
bo przecie, ona tu nie sługa,
i toście wiedzieć mieli.

MATKA.

Wszyscy to inszy wprzód wiedzieli
i znają jak się z pyszna śmieli,
ta....!
Niechta, ja po niej druga,
już ja nic tobie, — serceś zmącił.

KSIĄDZ.

Matuś słuchajcie, wy nie wiecie,
jakie to nam pożycie razem,
jakie mnie lęki dręczą skrycie
przed tem co wiem, że nie odbycie,
czeka na tamtym kiedyś świecie.