Strona:PL Stanisław Wyspiański-Klątwa.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


(Zstępuje ze schodków podmurowania i idzie ku przodowi).

Imajcie motyk. — Cóż to tela
dzisiok skopane? marnotrawce!
Leda psom braty, darmolęgi!
Kijców by na was trza, poganiać!

CHÓR.

Przestańcie ta przyganiać!
Krzyk wasz gosposiu niczem
a sami pracy życzem,
jeno z dopustu Boga,
ziemia spiekotą stęgła;
widzicie jako wszędy
wezdłuż, jak idą grzędy,
żywość w badylach powięgła.

MŁODA.

Dopust, nie dopust,
to nie prawda, gadanie!
Wasz kłam,
wam sie roboty niechce!
I cóż, że jest spiekota?!

CHÓR.

O cóż tyle wołanie;
nie dziwna nam robota,
kiejście tacy ozsierdzeni,
ano dziekujem za nię!

MŁODA.

przyjdą ta inksi, bo im dam
tela drugie co wam!
porobią!...