jadąc do chorych, przepowiadał je sobie na pamięć. Nieraz woźnica, posłyszawszy głośno rozprawiającego Metziga w powozie, a wiedząc, że się tam sam tylko znajduje, żegnał się z przestrachem i popędzał konie, by stanąć jak najprędzéj na miejscu przeznaczenia. Poczciwy Metzig tak był zajęty przyszłém wystąpieniem na sejmie, że się znajdował w bezustanném roztargnieniu.
Nareszcie nadeszła chwila, po któréj Metzig tak wiele sobie obiecy wał. Ale jakżeż zakrwawiło mu się serce, gdy mowy jego własni ziomkowie okryli szyderstwem i śmiechem. Nie mając dość zimnéj krwi i rutyny parlamentarnéj, by znieść spokojnie zachowanie się izby poselskiéj, zaczął Metzig w najwyższém oburzeniu i rozjątrzeniu prawić słowa prawdy swym ziomkom, gdy wtém mu marszałek głos odjął i zmusił do opuszczenia mównicy.
Nawet pomysły jego co do wzniesienia uniwersytetu w Poznaniu i obsadzenie katedr przez Polaków odrzucono bezwzględnie. Zniechęcony i zgryziony niepowodzeniem powrócił Metzig do Leszna.
Ale pomimo tylu zawodów, nie opuściła go aż do ostatniéj chwili życia nadzieja, że kiedyś przecież zmienią się czasy i usposobienia Niemców względem Polaków. Biedny! nie doczekał się tego.
Zaniechawszy w końcu szukać wykonania pomysłów swoich u głów koronowanych i u narodu niemieckiego, zwrócił się do bliższych celów. Wszystkiém co się tylko tyczyło Polaków i Polski, zajmował się gorliwie, przystąpił do różnych towarzystw polskich, których gorliwym był członkiem, a nigdy nie odmawiał pomocy, gdzie tylko chodziło o wsparcie bądź to jakiego biednego Polaka, bądźto instytucyi polskiéj.
Młodzieży polskiéj w gimnazyum leszczyńskiém, z którą się stykał jako lekarz, przypominał bezustannie obowiązki względem narodu, zachęcał do pracy wytrwałéj, a niejednego ucznia ostro skarcił i napędził do szkoły, gdy pod pozorem choroby chciał się oddawać lenistwu.
Bolało mocno Metziga, gdy spostrzegał w Polakach brak ciepłego patryotycznego uczucia, oziębłość na sprawy narodowe, rozrzutność, lub inne ułomności, bo pragnął, aby każdy Polak wymuszał na innoplemieńcach postępowaniem prawem i rozumném szacunek dla siebie. A będąc sam bez skazy i jak łza
Strona:PL Stanisław Karwowski - Kronika miasta Leszna.djvu/113
Wygląd
Ta strona została przepisana.