Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziękuję za nowe życie, które mi ojciec dał i proszę o przebaczenie.
Ksiądz Hieronim usiadł na dawnem miejscu tak, jakby siadała kamienna figura. Zaciężył posągowo na purpurze fotelu. Zwyciężył. Wprawdzie małe było to zwycięstwo „ale z małych kawałków i tak dalej…“, trzeba tylko wielkiej idei. Czy miał ją? Zapomniał nagle o Heli“. Tak — trzeba rozszerzyć zakres działania, raz czegoś wielkiego dokonać. Tu nie wystarczą nowe teologiczne teorje i opanowywanie jakichś odpadków, choćby najlepszych, tak zwanej inteligencji — na razie zgniłej — (sam to przyznawał z przyjemnością, jako chłop z krwi i kości), ale mającej przyszłość przed sobą. A gdyby tak papież wyszedł z Watykanu w świat, bosy, w jakiejś jednej szmacie i stał się nagle takim, jak dawni chrześcijanie? Czy nie jest już zapóźno nawet na to? Walka kardynałów, jedni za, drudzy przeciw — tych więcej. Rewolucja w Rzymie, walki uliczne i potem komunizm i…“ Przeraził się tych myśli, uczuł zawrót głowy. „Ha — gdybym był papieżem…“, pomyślał jeszcze. Pochylił się nad własną małością jak nad kałużą i w pokorze nie doznał pociechy. Zapóźno! Zbudził go szept:
— Więc proszę ojca… — i tak rozpoczęła się ta jedyna w swoim rodzaju spowiedź: fałszywie zmalałej penitentki przed naprawdę zmalałym, spowiednikiem. Wysłuchał jej ksiądz Hieronim, milcząc poprostu jak ryba. Twarz od strony Heli zasłonił chusteczką, a oczy utkwił w portrecie nieznanego kardynała. „Gdybym był choć takim…“ — myślał chwilami. A kiedy puknął trzy razy w poręcz czerwonego fotelu i już miał powiedzieć zwykłe słowa: „absolvo te…“ (i wstrzymał się w porę), ujrzał przed sobą dziwne zjawisko: oto stała przed nim już nie dawna ordynarna, rozhisteryzowana, nad miarę ładna i mądra żydóweczka, tylko przelśniona zaświatowym zachwytem dzika góralka Małej Azji, prawdziwa