Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tej fantastyczności, której w sobie nie mam zupełnie. On mi daje to wszystko: wypełnia moje najważniejsze marzenie dzieciństwa.
— Zobaczysz, czem będzie dla ciebie ta fantastyczność później. Czy ty kochasz go naprawdę? — pytała poraz setny może od dziesięciu dni.
— Już ci mówiłam: ja nie nazywam nic po imieniu. Jemu mówię, że tak, bo możeby mnie nie zrozumiał inaczej — tego jednego tylko — bo zresztą on wie wszystko. Mężczyźni są tacy dziwni w tych rzeczach najprostszych.
— Co ty wiesz o tem... — Zaiste Zosia nie wiedziała nic. Narzeczony pocałował ją pierwszy. Ale na tle lektury, rozmów i studjów myślała, że wie dużo więcej od matki.
Bez pukania wpadł do pokoju Atanazy. Już nie był „bubkiem“, już nie odpoczywał. Cała komplikacja jego istoty była tu, przed nim, jak na stole, jak na półmisku, przywalona miażdżącym ciężarem niezrozumiałej miłości.
Informacja: [Zosia była prawie lnianą blondynką, podobnie jak jej matka, która zaczęła właśnie gwałtownie siwieć. Były obie aż nieprzyjemnie do siebie podobne. Fakt ten łagodziło to, że pani O. była osobą dość dla Atanazego sympatyczną, mimo pewną kańciastość charakteru i nie zawsze taktowną prawdomówność. Zosia była prześliczną, szczególniej dla wysmukłych brunetów. Oczy jej zielone, trochę ukośne, ale nie tak, jak u Heli Bertz, miały w sobie dziewczynkowatą kotkowatość, na tle bestyjkowato-lubieżnawem, przy jednoczesnej głębi, zresztą chwiejnej i mądrem, zimnem zamyśleniu. Pełne, bardzo świeże i czerwone, trochę niekształtne w rysunku usta, rozedrgane i niespokojne, stanowiły kontrast, ze zwracającym uwagę klasyczną pięknością, prostym i cienkim nosem. Była wysoka