Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obce geometrji, z innej sfery wzięte pojęcia“, myślał blado, przygnieciony nieznanym mu dotąd ciężarem czystego, jednolitego uczucia. Zapomniał prawie o Heli i o Prepudrechu. Wiedział napewno, że jeśli nawet wyzwie go „ten idjota“, jemu, Atanazemu, nic stać się nie może. Uczucie, które rozsadzało mu system pojęć życiowych, jak dojrzały owoc łupinę, stanowiło, według jego zupełnie iracjonalnej intuicji, pancerz nie do przebicia dla wszelkich niebezpieczeństw. Absurdem była śmierć. „Śmierć nie jest w stanie zabić tej miłości, a więc i mnie“: w tak idjotycznym aksjomacie zamknął ostatecznie obecny stan rzeczy. „A jednak czy Freud nie ma przypadkiem racji?“ Przypomniały mu się psychoanalityczne seanse z doktorem Burdygielem i wszystkie jego wmawiania rzeczy pozornie nieistniejących. „Może gdyby nie śmierć matki, nie mógłbym się w niej tak właśnie zakochać“. Mimo, że czuł jeszcze rozjątrzenie całego ciała od przewrotnej rozkoszy, którą dała mu tamta, Zosia jedynie („ta przeklęta Zosia)“ była przedmiotem jego najistotniejszych pożądań. Teraz wiedział, ze tamtą zwyciężyć może zawsze, choćby przy pomocy innej kobiety, ale to uczucie zlokalizowane właśnie w tem jądrze istoty, które „pępkiem metafizycznym“ popularnie nazywał, wyrwać się niczem nie da. „To stopienie się pożądania w jedną nierozdzielną masę z przeżywaniem tej samej — tak koniecznie tej samej osoby — nie innej — (Atanazy uśmiechnął się gorzko poraz niewiadomo który) — od środka, samej dla siebie — tak: to była definicja wielkiej miłości. To, co w kobiecie jest jednem u samego początku, u mężczyzny (o jakże wstrętne są te dwa słowa, które słyszy się ciągle we wszystkich towarzystwach, we wszystkich rozmowach grających na bałałajkach oficerów z podejrzanemi mężatkami, służących z szoferami, księżniczek z mistrzami w boksie i tennisie) jest zbieżnością asymptotyczną czemś gra-