Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/413

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ci-devant księcia Prepudrech iść nie śmiał. — Czort wie co zrobić może taki nowo-upieczony muzyk i komisarz — może wsadzić, poprostu do lochu i koniec. Wolał się najpierw sam ulokować na jakiemś stanowisku. Wszędzie kartki, podpisy, stemple, fotografje, oględziny, ględzenia i badania. Małostkowość tego wszystkiego przeraziła wprost Atanazego. Jadł też za jakąś kartką i musiał złożyć tak zwaną „deklarację pracy“ — bez tego nic — zdechnąć z głodu. Ale przed podaniem się na posadę, chciał się porozumieć z Tempem, aby być bliżej centrum działania. Bo to, co widział, było trochę nowe, ale tak beznadziejnie nudne, że chwilami chwytała go rozpacz i żałować poczynał, że nie zjadł go tygrys w ceylońskiej dżungli. „Czyn społeczny“, przedstawiał się w coraz wątpliwszem świetle. Po chwili wyszła z gabinetu Gina i powiedziała: „proszę“. W tem jednem powiedzeniu widać było całą marmeladę, którą z tego „demona“ zrobił tamten tytan. Onieśmielony Atanazy wszedł do czerwoną flanelą obitego pokoju. Za stołem, w szarym angielskim garniturze, z czerwoną gwiazdą na piersi po lewej stronie, siedział Tempe.
— Jak się masz, Sajciu — powiedział Atanazy ze sztuczną nonszalancją, zbliżając się na chwiejnych nogach do stołu. Zdawało się że Tempe wytwarza jakiś nieprzenikniony fluid, odpychające pole magnetyczne o niezmierzonym potencjale. Siła wiała z niego jak struga elektronów z katody, przestrzeń wokół zdawała się wyginać. A cały demonizm tej sztuczki polegał na tem, że niewiadomo było na czem to wszystko się opiera — pozornie był to ten zwykły Tempe, który zawsze miał rację — nic więcej — a jednak… A może to stanowisko, władza — nie — to było w nim samym. Mógłby siedzieć w więzieniu — wrażenie byłoby to samo — tego był pewnym Atanazy. — Dziękuję ci za papiery. — Podał mu rękę. Twarz Tempego nie drgnęła. Nie wstając oddał mu uścisk dłoni. Mówił zimno: