Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie — ryknął Atanazy, podnosząc się. — Teraz cię nie oddam. Teraz wiem dopiero kto jesteś: czem jesteś dla mnie.
— Dlatego, że pan dotknął się mojej nogi. To jest śmieszne. — Ale był tak piękny w tej chwili, że Hela poczuła to samo, co on: nic jej od niego nie oderwie: musi być jej, tylko wyłącznie jej. To nie jest coś dla takich sentymentalnych Zoś: to zgniły kąsek, który trzeba umieć zjeść ze smakiem, przyprawiwszy go odpowiednio, choćby przez to kogoś nawet miało spotkać nieszczęście. Raz trzeba wyzbyć się tych głupich skrupułów — życie jest jedno. Zczepili się oczami, jak atleci rękami. Hela pierwsza spuściła wzrok, uśmiechając się lubieżnie i nie powiedziała nic. Goła, spuchnięta noga leżała dalej bezwładnie na kamieniach, ta właśnie, należąca do tej jedynej twarzy. Nowa fala beznadziejnej żądzy zatopiła w Atanazym wszelką ludzkość na dnie zezwierzęconego ciała — był w tej chwili dzikiem bydlęciem, gotowem nawet do mordu. Usłyszeli krzyki na grani. Drugim żlebem jechali wprost na nich Łohoyski, Prepudrech i Tvardstrup. Ziezio i Chwazdrygiel zostali na przełęczy.
— Czy nic złego? — spytał książę zakręcając niedołężnym „telemarkiem“ i wywalił się głową na dół w śnieg. Na przeczącą odpowiedź Atanazego rzekł, gramoląc się wśród mokrego „firnu“. — Dziękuję ci, Taziu. No, ale na kilka dni conajmniej koniec z nartami. — On też nie miał sympatji do tego szweda, a zaufania do Atanazego nie stracił (mimo kokainowych rozmówek) zupełnie. Wogóle dziwny był to człowiek ten Prepudrech, daleko dziwniejszy, niż się z początku wydawał. Muzyka przetwarzała go powoli w zupełnie kogoś innego. Sam dla siebie nawet stawał się codzienną niespodzianką i zagadką niepojętą. Sam nałożył pończochę Heli i zasznurował but, poczem poprowadził ją z Atanazym we dwóch do góry. Narty nieśli