Przejdź do zawartości

Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Na małżeństwo dla pieniędzy jestem za ambitny. A do tego nie wiedziałbym nawet jak ich użyć.
 — Jeszcze. Jabym odzwyczaiła pana od wszelkich ambicyj. Sam stręczyłby mi pan kochanków za pieniądze.
 — Dosyć: to jest wstrętne.
 — Ach — co za niewinność! Skromny narzeczony nie może słuchać takich zdrożności. Zgłupiał pan do reszty w tem narzeczeństwie. No — niech pan się nie obraża i mówi dalej. — Atanazy przezwyciężył obrzydzenie i brnął w wymuszoną sytuację.
 — Otóż, zanadto kocham się: na tem polega moja tragedja. — Hela obróciła się ku niemu całem ciałem.
 — A ona?
 — Nic: kocha mnie — tak, jak zwykle panny w tym wieku kochają swoich narzeczonych. Ale nie o to chodzi: ja już nie mogę wytrzymać.
 — A kiedy ślub?
 — Ach — pani jest cyniczna. Nie mogę wytrzymać samego faktu zakochania się w tym stopniu, a nie jakichś głupich pożądań. Pani podoba mi się tysiąc, nieskończenie razy więcej, niż ona.
 — Więc czemu nie mnie....? — rzekła prawie ze łzami: Atanazy zaczynał nabierać dla niej uroku czegoś utraconego.
 — Sama pani powiedziała: dla dokonania tego nie byłem jeszcze dość ośmielony. A zresztą nie kocham pani i kochaćbym nie mógł. Przeraża mnie pani rasa, a jednocześnie pociąga ze straszliwą potęgą...

 — Ach, co za osioł: stracić taką sposobność! — zupełnie szczerze powiedziała Hela. — Ten żebrak, idący na małe utrzymanie do tak zwanej cnotliwej panienki z dobrego domu, mnie śmie mówić o rasie! Ja panu zabraniam się żenić — rozumie pan?! Nienawidzę tej pańskiej... Atanazy zakrył jej twarz prawą ręką, przeginając ją jednocześnie lewą w tył, chwyciwszy jej lewe