Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nem — pierwszy raz zaczynał pojmować cały demonizm małżeństwa. Ale czy mimo swej niewiary nie był faktycznie katolikiem, nie gorszym od Heli Bertz? Prepudrech, zahypnotyzowany wiarą narzeczonej nawrócił się także i spełniał wszystko z nieprzytomną powagą tresowanego zwierzęcia. Dziwne ruchy oświetlonego od dołu księdza Hieronima, skarykaturowane w olbrzymich cieniach, zamącały spokój śpiących ostrołuków. Czuło się wyraźnie, że to są ostatnie przedśmiertne drgawki czegoś dawniej pięknego i wspaniałego, ale i w tem była jakaś straszliwa nieziemska moc. Widmo-ksiądz w widmie-kościele dawało rzeczywisty ślub czworgu widm, zamierającym odpadkom wątpliwej wartości przeszłości. Nieodwołalne zaciężyło nad całem towarzystwem, wyciskając z duszy każdego to, co było w nim najistotniejszego. „Między takim ślubem, a śmiercią niewielka jest różnica“, pomyślał stary Bertz i rzekł półgłosem do pani Osłabędzkiej:
— Czy pani nie uważa, że byłoby lepiej inaczej skrzyżować te pary: żeby córka pani wyszła za tego Prepudrecha, a ten słynny Atanazy, żeby się ożenił z moją córką! Hę? —
— Co też pan wygaduje, panie Bertz. Przepracowanie i nadużycia pomięszały panu zmysły. —
— Nie tak bardzo, jak pani myśli. Straszny los czeka tych czworo w tej kombinacji, o ile zmiany społeczne, ku którym nieuchronnie zdążamy nie zmienią zasadniczo ich psycholgji. — Pani Osłabędzka „żachnęła się“ i odwróciła się od starego, który utkwił bezwładnie czarne swoje gały w płomieniu jednej z świec. Przypominał w tej chwili raczej olbrzymiego karalucha, nie Belzebuba. Zaczął przemyśliwać nad tem, jakby tu nieznacznie, pomijając pierwszy etap, odrazu prześlizgnąć się do partji socjalistów-chłopomanów i w razie następnego przewrotu zająć stanowisko ministra podziału ziemi. Miał w tej materji swoje oryginalne koncepcje: