Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Atanazy: To zależy od tego, czego się od niej wymagało — to, że filozofja stanęła na czysto negatywnem określeniu granic poznania wyzwala mnóstwo energji, która inaczej szłaby na bezpłodne zmaganie się z niemożliwością. — („Czy to ja mówię?“ — pomyślał.) — To zszarzenie, które będzie skutkiem uspołecznienia nie koniecznie ma być równe zbydlęceniu — można się zmechanizować, zachowując zdobycze kultury. I do tego idzie ludzkość, ale nie dojdzie przez niszczące katastrofy, mające na celu natychmiastową realizację państwowego socjalizmu.
Wszystko to mówił Atanazy nieszczerze, aby tylko nie myśleć o problemie komunji, do której chciał go dziś zmusić ksiądz Wyprztyk. Blizkość katastrofy zmieniła jednak jego nastrój bezpośredni — wszystko dobrze, ale z daleka.
Tempe: Ja wiem o co ty mnie posądzasz, Atanazy: oto, że ja, robiąc rewolucję...
Łohoyski: Co pan tam robi, panie Tempe: jest pan pionkiem.
Tempe: To się okaże: Otóż, że ja przytem przeżywam samego siebie w wymiarach odpadka tej kultury, której nienawidzę, że sam wynoszę się przytem ponad siebie w wymiarze przeciwnym mojej idei. Ja wiem — ty może masz rację nawet, jeśli chodzi o tę chwilę. Ale cóż — czy możemy stać się innymi ludźmi, nie przechodząc wszystkich faz pośrednich? To, co mówiłeś o pseudomorfozie stosuje się może bardziej do mnie, niż do moich wierszy — ale jest to okres przejściowy. Musimy przejść z zaciśniętemi zębami przez wszystkie stadja, wyszarpując się kawałkami z tej martwej masy, którą tworzymy z całym światem. A na końcu, zamiast bezświadomego bydlęctwa, nieznacznie nadchodzącego pod maską niby wielkich, a w gruncie rzeczy fałszywych idej, świadome zejście do otchłani szczęścia — ciemnawej, to przyznaję — ale na tem właśnie,