Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mu się w postaci nieprawdopodobnego erotycznego szału w towarzystwie Heli, na tle politycznego przewrotu. Oczekiwane wypadki usprawiedliwić miały największe odstępstwa od zwykłych zasad codziennego dnia. Tymczasem równowaga uczuć była przynajmniej kompletna. Jak dwa wektory o przeciwnych kierunkach, sprzeczności trzymały punkt zaczepienia sił w spokoju. Dwoisty system życia zaczynał się podobać Atanazemu — jedną tylko miał wadę — był nietrwały. Koniec całej tej historji, zarysowywał się w chwilach „wsłuchiwania się w wieczność“, gdzieś w tej ciemnej chmurze, która unosiła się nad, dającym coraz silniejsze znaki życia, rewolucyjnym wulkanem. We środku czegoś, co możnaby nazwać ogólno-życiową platformą, smażyło się na wolnym ogniu małe sumieńko Atanazego, pokryte ledwo dostrzegalnemi wyrzutami. Powoli zbliżała się zima. Miasto stało czarne i brudne, pokrywając się czasami oślepiająco białemi, niknącemi w oczach puszkami śniegu. Potem rozkisało wszystko jeszcze więcej.
Nareszcie z któregoś Nord-Ekspresu wypadł brodaty Bertz i, nie zajeżdżając ze stacji do domu, telefonicznie oznaczył dzień chrztu na jutro: to jest na 14-go grudnia. Oba śluby naznaczone zostały na ten sam dzień popołudniu. Poślubna orgja miała się odbyć w pałacu Bertzów: było to wynikiem przyjaźni, jaka wywiązała się między panią Osłabędzką, a Helą, na tle przeżyć religijnych. Ludzie znający się na przewrotach przepowiadali rzeczy straszliwe. W tym czasie wrócił z zagranicy ów przeklęty Sajetan Tempe i właśnie wpadł do Atanazego, podczas gdy ten oczekiwał Łohoyskiego — razem mieli iść na chrzest. Dawno niewidziany, obcawy już teraz przyjaciel, nie zrobił na Anatazym bardzo miłego wrażenia. Ubrany był w jakąś szaro-zieloną, krótką kacabajkę i czarną ogromną dżokejkę. Konstelacje zmieniły się nieco od tamtych, „dobrych“ czasów.
— Ha, kochany Taziu — mówił ze sztuczną słody-