Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/465

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


       755 Lecz skryć nie można, co w oczy wręcz wpada,
A więc Edypie, na bogi ojczyste,
Ustąp mi, skryj to i zechciej do ziemi
Wrócić i domu, pożegnaj to miasto
Czule jak trzeba; lecz nie skąp czci winnej
       760 Tej, co ci matką, ziemicy rodzinnej.

EDYP.

O ty zuchwalcze, co w mowie wszelakiej,
Choć słusznej, kryjesz przebiegłe wymysły,
Pocoż mnie kusisz i znów chcesz omotać
W sidła, od których bym cierpiał okrutnie?
       765 Bo przedtem, kiedym pod klęską domową
Chorzał i byłbym wygnaniem się cieszył,
Nie chciałeś wonczas folgować mej chęci;
A kiedy gniew mój już był się nasycił,
Kiedy i w domu pozostać wolałem,
       770 Wtedyś mnie wygnał, wyrzucił, nie bacząc
Wiele na żadne pokrewieństwa węzły.
A teraz znowu, gdy widzisz, że sprzyja
Mnie i to miasto i lud ten, zamierzasz
Wyżąć stąd, słodząc te cierpkie namowy.
       775 Czyż cieszy miłość świadczona wbrew woli?
Gdyby kto tobie na prośby usilne
Nie dał niczego, nie zechciał cię wesprzeć,
A zaś, gdy miałbyś wszystkiego do syta,
Chęcią usłużną ci świadczył na próżno,
       780 Czyżby nie marną toć było uciechą?
Takie to łaski i ty mi dziś niesiesz,
Piękne dla uszu, a w rzeczy zdradliwe.
I wręcz ci powiem, przewrotność twą jawiąc,
Przychodzisz po mnie, nie, bym mieszkał z tobą,