Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/426

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cienie swych gajów i kwiatów swych wonie,
I śpiew słowików, co cię ukołysze
Na wieczną ciszę,
Więc jakby hołdem podzwonnym rozbrzmiały
Aten ci chwały.

Żegnając ciebie, wieszcz żegnał się z niemi,
Bo czuł, że nad nim też chyli się słońce,
Że z wszystkiem, co tu pokochał na ziemi,
Rozstać się przyjdzie wnet w śmierci rozłące.
To też gdy wielbi te cuda i życie,
Jakaś mu żałość blask Aten przysłania,
Znać, że już drgały w miłosnym zachwycie
Łzy pożegnania.

I w swym ojczystym roztworzył Kolonie
Grób dla Edypa... Tak uczcił on siły,
Które od duchów, co ziemia pochłonie,
Życiem i męstwem powioną z mogiły.
Wierzył w moc grobów.

Ja wespół z nim wierzę,
Bo gdy mym krajem targają dziś burze,
Gdy co dnia biją weń krzywdy, grabieże,
Wiem, że pod ziemią śpią skarbów mych straże,
A śnią i baczą, by serce me biło.
Więc, choć mi dusza dziś krwawi się żalem,
Krzepię ja męstwo nad ojców mogiłą,
Nad zmarłych moich świętem Jeruzalem
I w śmierć ja wierzę, co z głębi podziemi
Życiem, miłością się plemi.