Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/424

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dem; tylko wyjątkowym i uprzywilejowanym naturom, jak n. p. Verdi’emu, sprzyjają tak Muzy i Charyty do ostatnich chwil życia. Wyrażono zaś już w dawniejszych czasach przypuszczenie, odświeżone w nowem dziele Roberta, że cały epizod tragedyi, odnoszący się do sporu między Edypem i Polyneikesem, był odgłosem tych niesnasków rodzinnych i że go poeta do wątku dramatu pod wrażeniem własnych przeżyć wtłoczył i doczepił. — Pewnem jednak to zdanie nie jest; natomiast pewnem nieomal, że posiadamy w tej tragedyi ostatnie dzieło poety. To też czytając je, przywtórzymy słowom Cycerona, twierdzącego z zachwytem: Manent ingenia senibus...
Na dnie podań o Edyposie, które kilkakrotnie powracały w dramatach Sofoklesa, leżała jakaś wiara w chtoniczne bóstwo, które z matki ziemi urodzone, jak każdy płód ziemi z nią się następnie łączy i żeni, ciągle się odnawia i usuwa przeszłość, t. j. dawny rok, a więc własnego ojca. To ziemskie bóstwo morduje więc corocznie swego rodzica i poślubia własną matkę. Fantazya Greków zamieniła matkę-ziemię w śmiertelną kobietę, a jej syna-małżonka w króla i bohatera, ubierając ich losy w tysiączne barwy i różnorodne zdarzenia. A z człowiekiem dostały się do starej religijnej opowieści o przełomach w naturze zbrodnia i występek, które tak złowrogo zaciężyły na biednym, nieświadomym winy, Edypie.