Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/395

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakoś mnie zawiódł! Czyż wstydem nie spłoniesz,
       930 Patrząc w nędzarza, co żebrał litości?
Życiaś mnie zbawił, porwawszy te łuki,
Oddaj, o oddaj je, błagam cię, synu,
Na bogów rodu, nie wydrzyj mi życia.
O biada! Ani odezwie się słowem,
       935 Lecz wzrok odwraca na znak, że odmawia. —
Przystanie, skały, o moje wy druhy,
Górskie zwierzęta, o szorstkie wy głazy,
Niech choćby do was dolecą posłuchy,
Jakiemi syn ten Achilla urazy
       940 Mnie skrzywdził. Przysiągł mnie zawieść do domu,
Lecz poręczywszy to pod Troję bieży,
A zaś ten święty, z rąk moich porwany,
Łuk Zeusowego Heraklesa dzierży
I wśród argiwskich chce wskazać rycerzy;
       945 Jakbym był silnym, wśród gwałtu obieży
Gna mnie, mnie trupa czy dymu cień pusty,
I marę próżną. Nie byłby zdrowego
On zmógł; bo nawet dziś przemógł li zdradą.
A więc ja nędzarz zwiedziony! Cóż pocznę?
       950 Lecz oddaj, stań się ty jeszcze sam sobą!
Cóż to? ty milczysz? Zginąłem nieszczęsny.
O groty tworze dwubramny, więc znowu
Do ciebie wejdę bez broni i strawy
I tak zniszczeję w tej jamie samotny.
       955 Ptaka lotnego, ni zwierza gdzieś w górze
Już łuk mój nigdy nie położy trupem,
Tym, co żywili mnie, będę ja łupem,
Tym, którem łowił, za łów ja posłużę,
I zgon za zgony mój będzie okupem
       960 Z przyczyny tego, co zdał się bez winy.