Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niosą tu ludzie nasłani z Focydy,
Ażeby w ziemi grób znalazł rodzinnej.
Tak się rzecz miała. Straszliwa i w mowie,
       765 Tym co widzieli tak pełna boleści,
Że sroższej nigdy nie słyszał nikt wieści.

CHÓR.

O biada! Cały mych panów wiekowych
Ród, jak się zdaje, wyginął do szczętu.

KLYTAIMESTRA.

Jak mam to nazwać, o Zeusie, czy szczęściem,
       770 Czy obok ciosu to zyskiem; choć boli
Na własnych stratach opierać swe życie.

PEDAGOG.

Cóż teraz w słowach tak tracisz ty ducha?

KLYTAIMESTRA.

Jest jakaś siła w rodzeniu; bo nawet
Krzywdy zapomnisz tym, których zrodziłaś.

PEDAGOG.

       775 A więc na darmo, zda się, tu przybyłem.

KLYTAIMESTRA.

O nie na darmo! Jak możesz tak mówić
Ty, który pewne przyniosłeś świadectwo
O zgonie tego, co z duszy mej zrodzon
Pierś mą porzucił i karmę, by uciec
       780 Gdzieś na obczyznę i już mnie nie ujrzał
Zbiegłszy z tej ziemi, a ojca morderstwo
Wciąż wyrzucając straszliwe miótł groźby.
Tak, że sen słodki ni we dnie, ni w nocy
Mnie nie osłaniał, lecz czas jako sternik