Strona:PL Sofoklesa Tragedye (Morawski).djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Orędzie miłe, że znikłem ze świata,
Żem na proch starty i żarem zwęglony.
Bo cóż mi szkodzi, gdy w słowie umarły
       60 W rzeczy żyć będę i sławy dostąpię?
Nie groźnem mniemam słowo, co zysk niesie.
Toż mówią często, że i mądrzy ludzie
Śmierć swą zmyślali; a kiedy do domu
Potem wrócili, cześć mieli tem większą.
       65 Więc i ja tuszę, że wbrew ludzkim głosom
Wrogom żyw błysnę, jak gwiazda niebiosom.
Ojczysta ziemio, opiekuńcze bogi,
Dajcie mi szczęście na przyszłości drogi!
Gniazdo rodowe, tchnij we mnie hart męski,
       70 Bom tu zesłany na pomstę twej klęski.
Nie dopuść na mnie hańby ni pożogi,
Że rząd i świetność przynoszę w te progi.
To się wyrzekło, a teraz wnet, starcze,
Patrz, byś dokonał swojego zadania.
       75 My zaś odejdźmy, nim pora odbieży,
Co w każdej ludzi potrzebie ster dzierży.

ELEKTRA.

Biada mi, biada!

PEDAGOG.

Jakiś głos, synu, doleciał mych uszu
Z wnętrza, zapewne jęk domowej sługi.

ORESTES.

       80 Może Elektry nieszczęsnej: czyż czekać
Tu nie należy, by skargi wysłuchać?

PEDAGOG.

Bynajmniej. Wprzódy Loxiasa rozkazy
Wykonać trzeba i od nich poczynać,