Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


świecie, na wszystkich horyzontach, pod którymi na czystych placach rynkowych obrzeżonych milczącym tłumem biegną różowi szybkobiegacze, widać go jako ogromną c. k. apoteozę na tle obłoków wspartego urękawicznionymi rękami o balustradę okna, w turkusowo-błękitnym surducie, z wstęgą komtura zakonu maltańskiego — oczy zwężone niby w uśmiechu w deltach zmarszczek — guziki błękitne bez dobroci i bez łaski. Stoi tak z przygładzonymi w tył śnieżnymi bokobrodami, ucharakteryzowany na dobroć — zgorzkniały lis i imituje z daleka uśmiech swą twarzą bez humoru i bez genialności.

XXX

Opowiedziałem po długich wahaniach Rudolfowi wypadki ostatnich dni. Nie mogłem w sobie dłużej zatrzymać tajemnicy, która mnie rozpierała. Pociemniał na twarzy, krzyknął, zarzucił mi kłamstwo, wybuchnął wreszcie otwarcie zazdrością. Wszystko blaga wierutna blaga, wołał, biegając z podniesionymi rękami. Eksterytorialność! Maksymilian! Meksyk! Haha! Plantacje bawełny! Dość tego, skończyło się, nie myśli, więcej użyczać swego markownika do takich zdrożności. Koniec spółki. Wypowiedzenie kontraktu. Chwycił się za włosy z wzburzenia. Był wyprowadzony z wszystkich granic, zdecydowany na wszystko.
Zacząłem mu tłumaczyć uspokajając go — bardzo przestraszony. Przyznałem, że sprawa jest na pierwszy rzut oka w istocie nieprawdopodobna, wręcz niewiarygodna. Ja sam — przyznawałem — nie mogę wyjść ze zdumienia. Nic dziwnego, że trudno mu ją, nieprzy-

89