Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drzwi omdlewały w blasku dalekie lipy parku miejskiego, odległa sygnaturka kościoła majaczyła całkiem blisko w tym przejrzystym i drgającym powietrzu jak w soczewce lunety. Blaszane dachy pałały. Nad światem wzdymała się ogromna, złota bania upału.
Rozdrażnienie ojca rosło. Rozglądał się bezradnie, skurczony boleśnie, wycieńczony diarreą. W ustach miał smak bardziej gorzki od piołunu.
Upał wzmagał się, wyostrzał wściekłość much, wyiskrzał świetliste punkty na ich metalicznych odwłokach. Czworobok światła doszedł do biurka i papiery płonęły jak Apokalipsa. Oczy oświetlone nadmiarem światła nie mogły już utrzymać jego białej jednolitości. Przez swe grube szkła chromatyczne, widzi ojciec wszystkie przedmioty obrzeżone purpurą, w fioletowozielonych obwódkach i ogarnia go rozpacz nad tą eksplozją kolorów, nad tą anarchją barw, szalejącą nad światem w świetlanych orgiach. Ręce jego drżą. Podniebienie jest gorzkie i suche, jak przed atakiem. W szparach zmarszczek zaczajone oczy śledzą z uwagą rozwój wypadków w głębi.

II

Gdy w południowej godzinie ojciec już na granicy obłędu, bezradny z upału, drżąc z bezprzedmiotowego wzburzenia wycofywał się do górnych pokoi i pułapy piętra trzaskały w ciszy, to tu, to tam pod jego zaczajonym przykucnięciem — w sklepie nastawała chwila pauzy i odprężenia — przychodziła godzina siesty południowej.
Subiekci koziołkowali na balach sukna, rozbijali na

153