Strona:PL Schulz - Sanatorium pod klepsydrą.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niesz się jednym z nich, z tych czarnych murzynów... A gdy zaklinającym gestem przykładam palec do ust, pełen rozpaczy — twarzyczka jej staje się nagle zła i jadowita. Jesteś śmieszny ze swoją niezłomną wiernością, i z całą twoją misją. Bóg wie, co sobie wyobrażasz o swej nieodzowności. A gdybym wybrała Rudolfa! Wolę go tysiąc razy od ciebie, nudnego pedanta. Ach, on byłby posłuszny, posłuszny aż do zbrodni, aż do wymazania swej istoty, aż do samounicestwienia... Potem nagle z tryumfującą miną pyta: czy pamiętasz Lonkę, córkę Antosi, praczki, z którą bawiłeś się, będąc mały? Spojrzałem na nią zdziwiony. To byłam ja — rzekła, chichocąc, tylko że byłam jeszcze wówczas chłopcem. Czy podobałam ci się wtedy?
Ach, w samym sednie wiosny coś psuje się i rozprzęga. Bianko, Bianko, czy i ty mnie zawodzisz?

XL

Boję się przedwcześnie odsłonić, ostatnie atuty. Gram o zbyt wielką stawkę, ażebym mógł to zaryzykować. Rudolfowi oddawna przestałem składać sprawozdania z biegu wypadków. Jego zachowanie zresztą zmieniło się od pewnego czasu. Zazdrość, która była dominującą cechą jego charakteru, ustąpiła miejsca pewnej wielkoduszności. Jakaś skwapliwa życzliwość zmieszana z zakłopotaniem objawia się w jego gestach i niezręcznych słowach, ile razy spotykamy się przypadkiem. Dawniej pod jego mrukliwą miną milczka, pod jego wyczekującą rezerwą, kryła się jednak pożerająca go ciekawość, głodna każdego nowego szczegółu, każdej nowej wersji o sprawie. Obecnie jest dziw-

112