Strona:PL Przybyszewski-Goście.djvu/018

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    GOŚĆ. Hm, jeszcze gorzej. Zresztą mówiłem ramiona, ramiona, zda się przyczajone do skoku jak pantera — Ha, ha... Te ramiona ci się rzeczywiście przeistoczą zwolna w takie drapieżne, szatańskie zwierzę — będziesz je miał ustawicznie przed oczyma — i co chwilę czujesz, że to drapieżne zwierzę skacze na ciebie, przedniemi łapami obejmuje twoją szyję, tylnemi wpija się w twoje biodra, a cały pysk wżarty w twoją pierś: rozrywa ją, szarpie w kawały, gruchocze żebra, dogryza się do serca — ha, ha, ha — wyrywa serce, takie biedne serce, krwią ociekające...
    ADAM. Dosyć już, dosyć...
    GOŚĆ. Wiesz, w starem Mexico u Azteków był zwyczaj, że ofiarowywano serce, świeżo wycięte z piersi człowieka, matce-słońcu...
    ADAM. A to słońce, któremu moje serce ma być ofiarowane?
    GOŚĆ. Sprawiedliwość.
    ADAM. Ludzka?
    GOŚĆ. Niema ani ludzkiej, ani boskiej. Jest jeden porządek rzeczy, że tak być musi a nie inaczej — kto go przełamie, serce jego na śmierć skazane...
    ADAM. Nieubłagany jesteś?
    GOŚĆ. Jestem strasznym gościem — co? Strasznym gościem...

    Dolatuje coraz silniejszy oddźwięk muzyki.