Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.35.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzić spadku człowiekowi, który na Litwie był skazany na śmierć i musiał ukrywać się pod zmienionem nazwiskiem gdzieindziej. Szczęściem był w Grodnie synowiec, po rodzonym bracie, »Tadziuk«, który cały spadek odebrał, poczem do Królestwa przyjechał i oddał uczciwie, co się należało.
— Dlatego — kończył opowiadanie staruszek — ja pana bardzo proszę, aby pan nikomu nie powiedział, ani gdzie mnie pan widział, ani jak ja się teraz nazywam. A toby, conajmniej zaraz odebrali to, co Tadziuk tu odwiózł.
— Toś pan był jednak skazany na śmierć w sześćdziesiątym trzecim? — spytałem.
— Kto za Murawjewa nie był skazany? — odpowiedział. — A ja, nim był skazany, to przedtem był już powieszony.
— Jakto?
— A tak. Jechał ja raz z Żydkiem do oddziału i z pieniędzmi, aż tu nas napadły jakieś, panie, marudery kozackie i obu powiesili. No, szczęściem niespodzianie nadszedł pan Narbutt, kozaków rozegnali, a nas odcięli.
— I odżyłeś pan?
Spojrzał na mnie, jakby ze zdziwieniem, że z ust człowieka, który pisze książki, mogło wyjść równie głupie pytanie.
— Toż gdybym nie odżył, tobym z panem teraz nie gadał!
— Prawda, prawda, ale jakże to było?