Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.35.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  45  —

— Na Jowisza! przycisnąłeś mnie do muru, jak gdybyś był Sokratesem, a ja sofistą... Czy jaszcze mam co przypuścić?
— Nie. Wróćmy teraz do rozmowy o Rzymie.
— Ba, Rzym to druga Sempronia.
— Niech i tak będzie. A zatem musisz się znów zgodzić, że za wszystkie moje skarby nie mógłbym kupić cnoty obywatelskiej dla Rzymu, tak samo jak dziewiczego rumieńca dla Sempronii.
— Zapewne. Chybaby stare groby chciały ją sprzedać.
— Widzisz więc, że pieniądze nie są wszystkiem, jakkolwiek, kto je posiada, ten powinien się poddać woli bogów. Ale ja ci więcej powiem: że pieniądze mogą czasem tak ciężyć jak długi, a poniekąd być nawet przekleństwem. Weź tylko jedno na uwagę: gdy kto wymieni pomiędzy ludźmi moje imię: »Krassus« — co najprzód każdy pomyśli?... »Ach, Krassus — ten bogacz!...« Czy nie tak?... I nikomu nie przyjdzie do głowy, że w tym Krassusie są może inne bogactwa, które przydałyby się więcej od złota Rzymianom...
— Ty idyoto! — pomyślał Warguntejusz.
A głośno rzekł:
— Zaczynam cię, drogi, rozumieć.
— Powtarzam — mówił dalej Krassus — że ludzie wolą zaglądać do mojej skrzyni, niż do mojej duszy, i powtarzam, że to jest może szkoda —