Strona:PL Ostatnie dni świata (zbiór).pdf/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rozważę bardzo ściśle wszystko, co pani mówi, — przyrzekł lekarz.
Dziewczę odetchnęło z ulgą..
— Kiedy pan dałeś mi kwiaty, byłeś dobry, — powiedziała. — Czuję się zadowolona, że mi je dałeś. Spoglądam na nie co parę minut i noszę je ze sobą z pokoju do pokoju. To się nazywa „kochać“.
— Rozumiem, — rzekł w zamyśleniu. — Pani kocha kwiaty.
— Tak, tak. Ale bardziej jeszcze kocham dobroć tego, który mi je dał. Sądziłam, że pan sam chciał być dobrym; jeżeli jednak nie... Ściska mię pan za ręce, jakby z własnej chęci. Doktorze, czy doznał pan kiedy uczucia przyjaźni?
— Przyjaźni? — Zmieszanie jego było widoczne. — Pani, jak mi się zdaje, ma na myśli to, co my nazywamy „sympatją“, to jest, ocenianiem jakiegoś przedmiotu ponad jego wartość racjonalną. Taki sposób postępowania nie może, oczywiście, być uważany za słuszny, to też w podobnych razach zażywamy zazwyczaj powiększoną dawkę anti-sentient’ów; jednak... zdaje mi się, że wolę obecność pani, jeżeli to właściwie, chce pani powiedzieć.
— Tak, chcę... Niech pan przypuści, że odeszłam. Czy poczuje pan wtedy, że... że czegoś panu brak?
Poruszyła niespokojnie rękami. Naczelny lekarz uścisnął je powtórnie, sądząc, że w ten sposób powstrzyma jej wzruszenie.
— Gdyby pani odeszła, wiedziałbym, że pa-