Strona:PL Ossendowski - Czarny czarownik.pdf/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


strzępy porwały mi kolce krzaków i lijan, ścigając słonie w okolicach Badikaha, Dioula, Sinfra i Baufle, lecz szcęścia nie miałem.
Raz jeden byłem tuż — tuż przy słoniach. Słyszałem ich sapanie i trzask łamanych trzcin, lecz zarośla były tak gęste, bagnista ziemia tak chlupotała pod stopami, że czujne olbrzymy usłyszały nas i w oka mgnieniu zanikły w haszczach nie do przebycia.
To dopiero kląłem wtedy!
O, gdyby to działało na zwierzęta, wtedy nietylko te dwa umykające słonie, lecz wszystkie, które były w dżungli Sinfra, pokotem ległyby niezawodnie!
Szczęśliwszym ode mnie był mój pomocnik — zoolog, p. Kamil Giżycki. Ten polował na ptactwo i węże w okolicach Badikaha i w gęstym lesie, na brzegach jakiegoś potoku, spotkał samkę słonia z małym.
Zwierzęta wyszły z kniei wprost na p. Kamila, lecz on, chociaż miał w ręku polski karabin, pozostając wiernym naszej zasadzie „lepszy film od kuli“, porwał za automatyczny aparat kinematograficzny „Ica“ i sfilmował olbrzyma. Dopiero wtedy strzelił, mierząc pomiędzy okiem a uchem, gdy słoń był o kilka kroków od niego.